|
Blog > Komentarze do wpisu
Prince of Persia: Sands of Time.
wiem że nie jest to nowy film, ale poczułem że muszę, po prostu muszę, opowiedzieć o wrażeniach, jakie na mnie wywarł.
byłem OGROMNYM fanem gry SoT. to chyba pierwszy tytuł, w jaki grałem, w którym znalazłem to, co zawsze mi się kojarzyło z grami komputerowymi: świetne sceny walki, akrobacje, i jeszcze raz świetne sceny walki, piruety, salta, skakanie nad przeciwnikiem i w ogóle tęczorzyg. no i do tego jeszcze łamigłówki oraz manipulowanie upływem czasu, tęczorzyg do kwadratu. i bardzo cieszyłem się, gdy zobaczyłem że jest zapowiadany film. po czym zapomniałem, po czym przypomniałem sobie w te ferie, obejrzałem jeszcze raz trailer, zachęciłem się i ściągnąłem i obejrzałem. mój Boże, jak można było dopuścić do nakręcenia czegoś takiego? jak taki majstersztyk można było tak spastwić i przerobić na duży ekran? przede wszystkim, fabuła. gra (bo podobno są ludzie, którzy o niej nie słyszeli): drobny wypadek, wszyscy w zamku zmieniają się w potwory, Książę Persji zdobywa sztylet, w którym może magazynować piaski czasu, dzięki którym może cofać czas o kilka minut (pozwala to na przewidzenie ataków, cofnąć śmierć), oraz spowalniać lub zatrzymywać czas (dla wszystkich poza sobą). korzysta się z tego kiedy tylko popadnie, pod warunkiem że ma się odpowiednią ilość piasku uzyskanego z potworów. popisowy ruch głównego bohatera - kilkumetrowy bieg po ścianie. film: akcja w 99% nie pokrywa się z grą. love story z księżniczką (która, w przeciwieństwie do dzieła Ubisoftu nie ma na imię Farah, ale Tamina, i nawet nie dotyka łuku) nieumiejącą porządnie grać ani nawet porządnie wrzeszczeć. Dastan owszem, ma sztylet (JEDYNY chyba element łączący grę i film), ale reżyser i scenarzysta robią wszystko, żeby nikt z niego pod żadnym pozorem nie korzystał, niestety mimo ich rozpaczliwych prób czas zostaje cofnięty 3 razy. oraz gagi rodem z Asteriksa i Obeliksa. i Idefiksa. popisowy ruch głównego bohatera - robienie brwi Colina Farrella. żeby nie było, rozbieżność fabuły da się przeżyć, ale nie opuszczało mnie wrażenie, że jest jakiś sposób zrobienia tego filmu naprawdę dużo lepiej i spektakularniej. do tego efekty specjalne, które kojarzą mi się z jakimś tanim serialem. parę razy bullet-time jest niesamowicie płynny, tak jak być powinno, ale przez większość filmu spowolnienie wygląda jak nakręcane kalkulatorem z kamerą 0.5 fps. żeby widzowie pamiętali, że film się nazywa Piaski Czasu, w losowych momentach akcja jest na milisekundę przyspieszana i spowalniana, lub na odwrót. ja rozumiem, że to świetny sposób na zapewnienie sobie pełnych kin i tryliardów sprzedanych biletów. ale gdybym pamiętał o filmie tuż po premierze i poszedłbym na to do kina, skończyłoby się na rozprawie sądowej. i nie żeby przeszkadzał mi brak potworów, bo nie przeszkadzał. powodem byłby jeden obecny potwór, o nazwie Kiczowaty Całokształt. chociaż mimo wszystko muszę przyznać, że ten Gyllenhaal (Gyllllllllenhaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaal) ma całkiem ładny akcent.
PS: i zapomniałem dodać że nikt tam nie umie porządnie umierać. PPS: w mojej głowie ten wpis wyglądał w większym stopniu jak jojczenie niż recenzja, a niech to. czwartek, 23 lutego 2012, najodleglejszy
|
|