Menu

gniazdo dziobaka

najodleglejszy

325 MB, witajcie z powrotem

okazuje się że do sześciu razy sztuka. nie będę się już musiał zmagać ze wszystkimi enzymami świata i pamiętać, w którym miejscu działa N5,N10-metylotetrahydrofolian, a w którym N5,N10-metylenotetrahydrofolian. nie będzie mnie obchodzić która polimeraza ma aktywność egzonukleazy 5' → 3', egzonukleazy 3' → 5' lub też endonukleazy 5' → 3'. nigdy więcej liczenia węgli i niepewności czy to asparaginian czy glutaminian. wolność.

najodleglejszy

a oto historia o tym, że warto korzystać z otwartych słuchawek i słuchać cicho muzyki.
wsiadłem dziś do autobosu czekającego na pętli, z potwornie potwornym nastrojem w głowie. siadłem gdzieś w połowie autobusu, na samym tyle siedzą dwie dziewczyny, chyba troszkę podchmielone, bardzo głośno o czymś rozmawiają.
i w pewnym momencie dociera do mnie fragment rozmowy:

- ...się myje?
- nie no, na pewno jakoś.
- może go spytaj?
- i potem jak się nie dosuszą w środku to się robi taka P L E Ś Ń, fuuUUuu!

no więc nie wytrzymałem, odwróciłem się i uśmiechnąłem, jedna z dziewczyn zrobiła stropioną minę i pomachała, ja odmachałem i powiedziałem że pleśń się robi tylko jak się je naprawdę zaniedba, dziewczyna podziękowała za informację.
Niektórzy to wiedzą jak poprawić człowiekowi humor.

najodleglejszy

wczoraj - jak niemal codziennie - szydełkowałem sobie radośnie we włosach, po czym - jak niemal codziennie - zrobiłem krótką przerwę i - jak niemal codziennie - odwiesiłem na chwilkę szydełko na dredzie, żeby pamiętać gdzie skończyłem. no i jakoś się rozproszyłem i zająłem czym innym, po czym wróciłem do dredów i zorientowałem się że nigdzie nie ma mojego szydełka. ani na biurku, ani w plecaku, ani (po szybkim obmacaniu głowy) we włosach. po chwili przerwałem poszukiwania bo pewnie i tak się jutro rano przez przypadek znajdzie, a nawet jeśli nie, to szydełka nie są robione z unobtainium no.

po czym zasnąłem nad książką.

po czym obudziłem się o 1 w nocy i zorientowałem się, że zasnąłem nad książką, zacząłem się przygotowywać do prawdziwego snu, zdjąłem koszulkę i jakie było moje zdziwienie gdy koło szyi poczułem jakiś kawałek metalu. jak się okazuje, szydełko przez cały czas potulnie tkwiło w miejscu, w którym je uprzednio zostawiłem, i przed zaśnięciem po prostu robiło uniki przed moimi obmacującymi głowę rękoma.

niby żadna rewelacja, ale po raz pierwszy zdarzyło mi się zgubić coś we włosach i nie sądziłem że w ogóle takie wydarzenie może mnie dotyczyć. w końcu to dredy a nie afro no.

właśnie takiej fryzury nie mam

najodleglejszy

w ciągu ostatnich dwóch tygodni:

- spędziłem w sumie jakieś 30 godzin w pociągach, autobusach i na dworcach

- nauczyłem się posługiwać młotkiem, wkrętarką i ręczną piłą

- wykorzystałem swoją świeżo przyswojoną wiedzę o tych narzędziach w trakcie ośmiogodzinnego pobytu na dachu ogromnego namiotu, rozkoszując się mazurskim upałem i brakiem chmur

- odkryłem, że dredy zapobiegają przegrzaniu się głowy i dostaniu udaru po ośmiu godzinach siedzenia w pełnym mazurskim słońcu (to chyba przez zawarte w nich powietrze. czy coś)

- przebiegłem 7 kilometrów w czymś nazwanym "Biegiem o pokój" i finiszowałem gdzieś blisko końca pierwszej dziesiątki

- najadłem się po uszy arbuzem

- wyśpiewałem się za wszystkie czasy na próbach scholi, warsztatach gospel i w trakcie codziennych mszy (któregoś dnia uzbierało się w sumie 7 godzin śpiewania)

- po raz pierwszy osiągnąłem stan częściowego zrycia gardła od długiego śpiewania

- poznałem wielu bardzo fajnych ludzi i jezuitów

więc tego, gdyby ktoś się w przyszłym roku zastanawiał nad wyjazdem na Jezuickie Dni Młodzieży to gorąco polecam.

najodleglejszy

3 miesiące temu, pod koniec stycznia, spełniłem swoje odwieloletnie dredomarzenie.

 

tak, to magiczna dredokabina z zegarkiem i graffiti na ścianie.

 

szarpanie za włosy okropnie okropnie bolało. nie sądzę żebym kiedykolwiek wcześniej niekontrolowanie trząsł się i oblewał potem z bólu. i wszystko mi skakało i odruchowo podnosiłem rękę żeby się bronić i przeganiać wrogie szydełka i musiałem sobie przypominać że ja tu siedzę ze swojej własnej woli i zmieniać samoobronny cios w drapanie się po nosie.

i przez dwie kolejne noce ciężko było zasnąć, bo skóra na głowie cała obolała. więc najpierw układałem się ostrożnie na plecach, po chwili ból przechodził, ale gdy ruszałem którąkolwiek częścią ciała, nieważne jak małą (np. szyszynką), skóra się znowu odzywała. głośno. no więc przewracałem się na prawy bok powoli ostrożnie, opierając głowę na ramieniu, zasypiałem, budziłem się gdy zaczynało mnie boleć ramię, przewracałem się na lewy bok powoli ostrożnie, opierając głowę na ramieniu, i tak się radośnie bawiłem do rana.

jest oczywiście kilka minusów - nie można iść spać z mokrymi włosami, bo jeśli się położy na mokrych w środku dredach to mogą się powyginać, pospłaszczać i w ogóle mnóstwo strasznych rzeczy. a schną potwornie długo, więc nie myję ich przed snem, tylko rano albo po południu. teraz już lepiej, bo można wyjść z mokrą głową na dwór pole zewnątrz, ale w zimie przecież mogą pozamarzać i się połamać czy nie wiadomo co jeszcze. nie mówiąc o się pochorowaniu.

 

no i nie bardzo da się wykonywać czynności wymagające noszenia czegokolwiek na głowie.

 

no chyba że spróbuję jakiś rondel zdobyć

 

ale korzyści zdecydowanie przeważają.

po pierwsze, spełniłem swoje marzenie, a podobno trzeba spełniać swoje marzenia.

poza tym czuję się w nich bardzo dobrze i jak ja. i zresztą kilka osób mi już powiedziało że wyglądam w nich bardzo jak ja. i ludzie inaczej patrzą, pewnie przez to że zdarza mi się pogodniej chodzić po ulicy gdy sobie przypomnę że mam na głowie dredy.

no i jeszcze dochodzą takie małe bonusy, na przykład brak potrzeby czesania. budzi się człowiek i ma już fryzurę na nowy dzień. i albo mu się zachce szukać opaski, albo nie. i można myć 2 razy w tygodniu i nie widać że ma się na głowie główną tłoczarnię Kujawskiego.

a jak się już je myje, to też są dodatkowe małe przyjemności.

 

TYLKO U NAS! MUSUJĄCE DREDY!

 

oraz okazało się, że pozornie nieprzydatna kieszeń w moich nowych spodniach

 

pozornie nieprzydatna kieszeń w moich nowych spodniach

 

to tak naprawdę przemyślany schowek na szydełko!

 

przemyślany schowek na szydełko!

 

(tzn. bardziej przemyślane byłoby ułożenie schowka wzdłuż nogi zamiast w poprzek, no ale nie będziemy wybrzydzać, spodnie stworzone specjalnie z myślą o dredoludziach nie są rozpowszechnione na rynku)

jestem bardzo bardzo zadowolony i gdybym miał znowu wybierać między dredami a normalnymi włosami to proszę bardzo, chodźcie na mnie z szydełkami i pokażcie co potraficie. jak ktoś się waha to niech się nie waha tylko sprzedaje nerkę i idzie robić. a potem niech się zorientuje, że koleżanka w WAJ-u zrobiłaby dredy za pół nerki albo wręcz pół litra. i niech ją potem prosi co jakiś czas o poprawki i dokręcanie żeby oszczędzić na nerkach, bo czasem się podobno przydają.

najodleglejszy

no więc bardzo dobrze się milczało. i o rety, ile człowiek się potrafi dowiedzieć o sobie i o innych.

1. nie jestem w stanie wyłączyć muzyki, która mi od rana do wieczora gra w głowie.

2. niby to oczywiste, ale zadziwia mnie że bez żadnego wcześniejszego umawiania się i bez gadania siedzące wzdłuż stołu stado ludzi wypracowuje sobie banalnie prosty system jak po kolei podawać sobie jedzenie. i jak można wiedzieć, że ktoś siedzący obok próbuje się dostać do herbaty owocowej a nie czarnej i umieć od razu podać mu właściwą, mimo że oba rodzaje stoją obok siebie.

3. siedzenie obok siebie bez odczucia przymusu gadania o czymś (a wręcz przeciwnie) jest bardzo miłe. często mi się zdarzało iść z kimś przez miasto i zastanawiać się, jak przerwać coraz dłużej trwającą ciszę, dochodzić do wniosku że mi to wcale nie przeszkadza i że wystarczy że po prostu ten ktoś obok mnie jest, po czym zastanawiać się czy ów nieborak przypadkiem nie zastanawia się jak przerwać coraz dłużej trwającą ciszę. a tu zero towarzyskiego przymusu, siedzi się obok, patrzy się w podłogę i i tak jest miło, bez dyskusji o pogodzie.

4. rany, ale człowiek jest zalewany wszystkim cały czas przez całe życie. pojechałem na 5 dni, a jadąc z powrotem nie mogłem wytrzymać radia w busie, i muzyki, i reklam. trochę straszne to.

5. kolejne trochę straszne to jak człowiek do tego zalewania się szybko z powrotem przyzwyczaja. chociaż muszę przyznać że jeszcze mi się nie chce słuchać muzyki, wystarczy mi ta w głowie.

6. oraz oczywiście wiele innych rzeczy, ale to bardziej do wiedzenia dla mnie, a nie dla każdego, kto tu zawita.

najodleglejszy

gdyby ktoś się w przyszłym tygodniu zastanawiał dlaczego milczę, to powodem nie jest, jak do niedawna, milczenie, tylko siedzenie na rekolekcjach w milczeniu i milczenie.

najodleglejszy

"[his] discouragement grew [...] until it turned into a heavy mass of blah."

a poza tym tak, The Maze Runner ciekawa książka.

najodleglejszy

zostałem przedwczoraj wysłany zdalnie przez mamę do Castoramy.

co za okropny, okropny sklep.

wchodzi człowiek i widzi 3 ogromne strzałki, "remont", "urządzanie" i "ogród". no i myśli sobie "hmm, rolety zapewne w urządzaniu". rusza w odpowiednią stronę, czyta tabliczki na początku każdego rzędu i nie może się nadziwić jaki to wspaniały pomysł - od razu się wie gdzie dywany, gdzie tapety, gdzie wszystko - do momentu, gdy dociera do "remont" a rolet ani śladu.

a więc może uznali że rolety się zakłada podczas remontu? okazuje się że oczywiście że nie, za to są tu wszystkie wałki, pędzle i inne straszne narzędzia tortur jakie można sobie tylko wymarzyć. a więc z pewnością nieuważnie patrzyłem na tabliczki. wracamy.

szybko się widzi wszystko na tych tabliczkach, mimo że teraz się uważniej przyglądam to i tak wszystko płynnie idz... "ogród".

i wtedy nadchodzi moment, w którym się zauważa, że ten korytarz, którym się idzie, nie jest jedynym, że za tymi rzędami są kolejne i że to wszystko jest strukturą podobne do biblioteki UU w Ankh-Morpork.

nie do końca wiem jak mi się udało znaleźć to, czego szukałem i wydostać i przeżyć. ale wyprawa miała swoje plusy, bo po wyjściu znalazłem się obok Cinema City. więc postanowiłem się wybrać z czystej ciekawości i zobaczyć czy Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia będą jakoś w najbliższym czasie dnia. planowałem od pewnego czasu pójść, bo Igrzyska śmierci w formie papierowej całkiem mi się podobały (oraz sprawiły, że nabrałem ochoty nauczyć się strzelać z łuku i rzucać nożami) a poprzedni film nie był najgorszy. no ale nie liczyłem na wiele, bo 12:50 nie wydawała się seansową godziną. i Cinema City myślało podobnie.

za to 13:00 to zupełnie inna historia.

na dodatek dobrze przemyśleli przyciągnięcie mnie - trafiłem na jakąś promocję, dzięki której bilet był tańszy niż w normalne dni ze zniżką studencką, a sam film był z napisami. co za radość, precz z dubbingiem.

niestety trzeba było przesiedzieć przez dwadzieścia. pięć. minut. reklam. wystarczająco długo żeby rozważyć zalety wynikające ze ściągania filmu i oglądania go na wielkim telewizorze w domu.

ale i tak było prawie warto, dzięki reklamie Ibupromu. Ibupromu z inhibitorem ce o iks, dodajmy. i wyjaśnijmy od razu to, o czym zapomnieli powiedzieć w reklamie, mianowicie że inhibitorem COX jest główny składnik, czyli ibuprofen. rewolucja ludzie, pędźcie do aptek bo wszystko wykupią.

a sam film? nie był zły. dobrze że poszedłem bez oczekiwań - dzięki temu się nie rozczarowałem, a nawet miałem pewną przyjemność z oglądania. i cieszę się że poszedłem sam - a planowałem się wybrać z jakimiś znajomymi czy coś - bo ktoś inny mógłby mieć oczekiwania i się rozczarować.

a teraz przepraszam bardzo, idę zrobić sobie łuk z wieszaka, wyjąć noże do masła z szuflady i polować na kuropatwy.

najodleglejszy

obserwacja nr 1:

jak na razie te studia mnie powoli niszczą, zjadają cały czas, wywołują depresje i poczucia winy niezależnie od tego, czy pójdę na wykład (powinienem już to pamiętać, inni już to pamiętają, dlaczego tego nie pamiętam, dlaczego się nie mogę na tej ścianie faktów skupić) czy też nie (powinienem być na wykładzie, inni są na wykładzie, dlaczego nie jestem na wykładzie, dlaczego mnie to wszystko nie interesuje). nie mówiąc o przerażeniu na myśl o odpowiedzialności za innych ludzi już potem, jak skończę toto i będę dorosły i w ogóle.

 

obserwacja nr 2:

przeraża mnie, że mogę się już więcej rzeczy stąd nie dowiedzieć, że jeśli stąd pójdę, to mnóstwo mnie ominie. wiem że nie da się wiedzieć wszystkiego i wiem że cały czas filtruję informacje i decyduję o tym, co chcę wiedzieć a czego nie, chociażby zmieniając stacje radiowe albo nie czytając gazet, albo grając na laptopie zamiast czytać po kolei hasła w słowniku i takie tam. i wiem że ta wiedza tutaj mi tylko wchodzi minimalnie przez osmozę, bo o nią prawie nie zabiegam. i wiem że gdybym sobie stąd poszedł to większość z tego do niczego by mi się w życiu nie przydała. ale mimo wszystko.

 

wniosek:

syndrom sztokholmski.

 

***

obserwacja nr 3, niezwiązana z tematem. znaczy związana, ale luźniej:

od paru dni miałem nieadekwatny nastrój i nie wiedziałem właściwie co się dzieje. i przyglądanie się sobie nie bardzo pomagało:

- jak się czuję?

- mm-pff

- głodny?

- nii

- zmęczony?

- nie aż tak żeby się czuć mm-pff

- źle się śpiewa?

- jeszcze czego, wspaniali ludzie, wspaniała zabawa, a po próbach jeszcze gramy w piłkarzyki!

- coś jeszcze?

- no i w kosza zacząłem z WAJ-em grać, w kosza! od dwóch lat nie grałem jeśli dobrze pamiętam!

- no to o co chodzi?

- mm-pff

ಠ_ಠ

 

a jak zobaczyłem że chodzi o to że utknąłem i nie bardzo wiem co robić, to od razu się poczułem lepiej. nie wiem na jak długi, i jak długo będę pamiętać o wniosku i uznawać go za wiarygodny, ale póki co działa.

najodleglejszy

ponieważ w tym roku mam całe kontenery wolnego czasu (jak na razie przynajmniej), postanowiłem się zapisać do WAJ-owego jezuickiego zespołu studenckiego. od razu po pierwszej próbie stwierdziłem że to Moje Miejsce we Wszechświecie, no i chodzę na kolejne próby, jest bardzo wesoło, super ludzie i w ogóle. no i na dodatek mam teraz wyznaczony 2 razy w tygodniu czas na śpiewanie, co za wspaniały reżim. kreatywność pod reżimem.

[shameless self-promotion very much]gdyby ktoś chciał posłuchać to w każdą niedzielę o 18 u jezuitów na Kopernika.[/shameless self-promotion very much]


***

- no dobra, skoro w tym roku nie jesteśmy już scholą tylko zespołem, to może macie jakiś pomysł na nazwę zespołu?

- może otwórz Pismo Święte, zobacz na jakie słowo trafisz?

- otwórz, otwórz, sprawdź!

[...]

- i co, i co?

- "stalibyśmy"

- a całe?

- "...stalibyśmy się jak Sodoma" ಠ_ಠ


ostatecznie jednak stanęło na "Jerycho" (chociaż podejrzewam że nie jestem jedyną osobą, której pierwsza wersja tłucze się po głowie), więc tego, gdyby ktoś miał niepotrzebną trąbkę...

najodleglejszy

no, w końcu mogę pić alkohol w USA, jak się cieszę ach

a ta ogromna radość wynika z dwóch powodów:

1. nie lubię alkoholu. zwłaszcza piwo jest z reguły ohydne, chyba że z jakimś imbirowym sokiem, wtedy da się znieść. jedno. potem i tak zwycięża ohyda.

2. nie planuję jechać do USA w przeciwieństwie do młodszego mnie, który był zafascynowany Wielkim Krajem z Telewizji. znaczy OK, Yellowstone bym bardzo chciał odwiedzić, Wielki Kanion też, ale gdyby je wycięli ze Stanów i przekleili, ja wiem, do RPA, nie byłoby dla mnie wielkiej różnicy poza samolotem, w który bym musiał wsiąść. może nawet byłoby i przyjemniej. może i na pewno, sądząc po tym co Bryson o swojej ojczyźnie pisze.

***

ktoś: zapraszam do Piwnicy pod Baranam...

nj: dziękuję [idąc dalej]

ktoś: ...skąd masz taukę?!

masoneria.

najodleglejszy

wychodzę sobie z autobusu a tu:

 

ktoś: grasz w jakimś zespole?

najodleglejszy: nie... ale chciałbym :)

k: ale na pewno?

nj: [duh, chyba bym wiedział] na pewno.

k: a, to musiałem cię z kimś pomylić.

nj: najwidoczniej.

k: ...ale grasz na gitarze?

nj: [mikrozonk w duchu] dopiero się uczę, więc raczej znikąd mnie nie znasz.

k: masz słuch absolutny?

nj: ...

k: bo wyglądasz jakbyś miał.

nj: ...

nj: ...znaczy, mam całkiem dobry słuch, ale nie mam wykształcenia muzycznego więc nie bardzo było kiedy sprawdzić...

k: [skręcając w swoją stronę] no to powodzenia w karierze!

nj: [takoż] dziękuję!

 

 

tak siedzę i myślę i myślę i mam podwójną nadzieję że spotkałem podróżnika w czasie.

najodleglejszy

jedyne drzwi robiące hałas w przestrzeni kosmicznej

gościnnie wystąpili: kosmiczne robaki/parówki/whatnot, Desmond the Moon Bear

zapowiada się ciekawy wznawiany rok, jedynie dwa przedmioty. kto wie, może taka ilość mnie nie przerośnie i będę w stanie się trochę Zorganizować i dzięki temu Bywać W Miejscach. i więcej bazgrać po odwrotach starych kserówek ikeowym ołówkiem!

najodleglejszy

gdyby w tym momencie ktoś do mnie podszedł i powiedział, że zrobi mi taką karierę zawodową, jaką będę chciał, to bez wahania powiedziałbym, że chcę być chirurgiem i pracować w szpitalu.

znaczy się, "bez wahania" to taki żart, bo decyzja na poziomie ważności "na jaką drożdżówkę mam dziś ochotę?" skutkuje w moim przypadku dreptaniem w kółko, pytaniem znajomych o opinię i mind mappingiem.

no ale tak sobie myślę, gdybym już wydreptał fosę, wyczyścił konto komórkowe i wyczerpał rysik w ołówku, to chyba bym się zdecydował na bycie chirurgiem i pracowanie w szpitalu.

i tu się pojawia moje zastanowienie: ha, jak będzie wyglądać taka praca z moim OCD?

od razu nasuwa mi się myśl, że w myciu rąk nie będę miał sobie równych. nie mogę znieść na dłoniach ziemniaczanego kurzu, a co dopiero mówić o takich bakteriach, które przez kontrast z ujemną ich ilością na bloku operacyjnym stają się jakimś ohydnym błotem i w ogóle niewiadomoczym.

za to bardzo, ale to bardzo nie mogę się doczekać miny rodziny, gdy wejdę po raz trzeci do sali pacjenta dopiero co naprawionego mamrocząc "bo chciałem sprawdzić czy aby na pewno go zamknąłem".

najodleglejszy

bardzo lubię parskać ze śmiechu czymś co akurat piję. zdarza się rzadko, towarzyszy czemuś bardzo zabawnemu oraz samo z siebie dodatkowo jest wesołe dla wszystkich uczestniczących stron. poza oparskniętą, znaczy się. z reguły, znaczy się.

najodleglejszy

dwa tygodnie temu na nowo odkryłem bieganie. nie żebym miał jakieś ogromne doświadczenie, bo do wtedy miałem na koncie jakieś trzy zeszłoroczne biegi dookoła domowego osiedla, każdy po 2 km. i jakoś mnie to nie pociągało za bardzo. a ostatnio znowu zacząłem i stwierdziłem że bardzo lubię. na samym początku wymyśliłem sobie trasę, z pomocą której zacząłem biegać po 4.25 km i biegam i sobie chwalę.

a parę dni temu stwierdziłem że biega mi się bardzo dobrze, więc pobiegnę jeszcze kawałek wzdłuż Wisły i dopiero wrócę do mieszkania. i zadowolony sobie myślałem, że ubiegłem już pewnie jakieś 5 kilometrów i nowy rekord i och och. no i patrzę na telefon, a on mi mówi 4.25 km. nie kpi się tak ze mnie. wziąłem i zawróciłem i pobiegłem od nowa i nie ustałem dopóki nie dał za wygraną i nie ogłosił że ubiegłem, udyszałem i utruchtałem 8 kilometrów.

i w ogóle trasa! jak już pokonam długi ruchliwy kawałek długiej ruchliwej ulicy, dobiegam do parku z elementarza. w którym ludzie chodzą z kijkami, biegają, jeżdżą na rowerach i rzucają patyki psom. a potem jeszcze wzdłuż Wisły. i przebiegam koło Stopnia Wodnego Dąbie i pod mostem trzeba uważać na głowę, więc trzeba się nisko pochylić i założyć ręce z tyłu i czuć się jak dinozaur.

ach jak biegnę, ach

rawrrr raawrrrrrrr, rawrrr

jestem bardzo zadowolony ze szczegółowości rysunku, jak ktoś mnie nie zna to pozna dopiero jak zobaczy mnie gdzieś polującego na małe ssaki.

najodleglejszy

wczoraj zostałem znienacka przygnieciony tak wielką ilością wolnego czasu, że nie pamiętam kiedy tak ostatnio było. przez pewien czas nie wiedziałem co ze sobą zrobić, po czym pomyślałem że zamiast kisić się w mieszkaniu wybiorę się na spacer. ale nie wiedziałem gdzie. więc wybrałem się wszędzie. czyli na Rynek, Kazimierz i znowu Rynek i wiele kościołów po drodze.

i widziałem:

- wylegującego się w kościele nieżyjącego pana. fabulous;

come to me, ladies

- ścianę, która została zaskoczona i nie wiedziała co powiedzieć;

, tego

- nucącą sobie tablicę koło restauracji czy czegoś;

rum rum, tam ta tam

- dzieło przedszkolaka uczącego się robić niegrzeczne graffiti;

Wisłovia to stara rozwiązła pani

i wiele innych rzeczy naturalnie, którym nie zrobiłem zdjęcia. na przykład wszedłszy do kościoła Dominikanów trafiłem na cały kompletujący się na komplecie zakon. i śpiewali po łacinie i kłaniali się w pas i robili wrażenie.

bardzo jestem zadowolony że dałem się sobie wyciągnąć na zewnątrz, nawet deszcz taktownie wybierał na padanie momenty, w których przechodziłem bez zatrzymywania się przez portalobramołukomostkoniewiadomoco łączące Rynek z Małym Rynkiem, i po wyłonieniu się spod tego czegoś już nic mi nie moczyło włosów. albo w których wchodziłem do piekarni, zamawiałem zapiekankę i czekałem, tak że mogłem już chrupać na zewnątrz i nie potrzebować parasola.

oraz po raz kolejny po przepuszczeniu pana kierowcy przez pasy podziękował mi ręką. miło być traktowanym jak równorzędny użytkownik drogi, a nie jak obiekt do zabawy "zobaczmy jak blisko da się podjechać i wyhamować w ostatniej chwili przed wprasowaniem w drogę".

chyba muszę częściej się wybierać na czterogodzinne spacery. i częściej się wybierać do indiekina. i częściej budzić się o czwartej w nocy od śpiewu ptaków, jak to mi się od czasu do czasu zdarza. i w ogóle Żyć!

najodleglejszy

we środę o drugiej w nocy postanowiłem że wcale nie chcę iść na zajęcia, więc mój organizm postanowił mi pomóc i przejąć od EWMM jakieś bakteriowowirusowoniewiadomojakie zatrucie i tę właśnie porę wybrał na radosne oświadczenie mi o swoim osiągnięciu. już się radośnie wyleczyłem i cieszę się Prawdziwą Wiosną na zewnątrz i noszeniem cienkich butów i ukochanej starej wiosennej kurtki i grzaniem twarzy w słońcu i w ogóle i nie będę się rozwodził nad wszystkim co wszyscy o podobnych chorobach doskonale wiedzą, ale uświadomiłem sobie dwie rzeczy:

1) oddział gastroenterologii, na którym mam zajęcia z interny, jest strasznym miejscem pełnym cierpiących ludzi. i oni są tacy kochani, że pozwalają się wypytywać przez tłumy studentów o swoje choroby! a potem wybadać! jak leżałem umierający z bulgoczącym brzuchem to robiło mi się niedobrze na samą myśl o tym, że miałby mnie ktoś w ów brzuch uciskać. a oni tam przecież w jeszcze gorszym stanie leżą. dużo. znaczy pewnie w różnych innych stanach, w których uciskanie by mi nic nie pogarszało nie wyraziłbym sprzeciwu, ale oni nawet wtedy czasem pozwalają! co za wspaniali wspaniali ludzie, nie wiem nawet jak napisać, żeby adekwatnie ich wychwalić.

2) sucharki po połowie dnia nicniejedzenia są pyszne.

najodleglejszy

dzisiaj zaraz po obudzeniu się przeżyłem drobne małe niewielkie rozczarowanie, bo mały kawałek nieba, który widzę przez okno gdy się odpowiednio odegnę do tyłu wyglądał tak, jakby nigdy przenigdy nie słyszał o zimie. no i po poderwaniu się zobaczyłem że ów kawałek owszem, nie słyszał, ale cała reszta świata nie dość że o zimie słyszała, to na dodatek aktywnie ją praktykuje. wciąż.

ale wszystko zostało mi wynagrodzone po wyjściu na zewnątrz. słońce zmuszało do mrużenia oczu a ja uwielbiam gdy słońce zmusza do mrużenia oczu bo od razu wczuwam się w kogoś, kto mruży oczy z zadowolenia. jak głaskany kot czy coś.

najodleglejszy

a dzisiaj byłem w sandomierzowym indiekinie na Porwaniu (Kapringen). całkiem ciekawy, zwłaszcza ze względu na swoją inność i pozorną nicsięniedziejność w porównaniu z amerykańskim mainstreamowym repertuarem. bardzo miła odmiana, chyba muszę częściej w takich miejscach Bywać.

najodleglejszy

nabyłem nowe ciuszki dwuczęściowe na zajęcia z pediatrii. teraz mogę pędzić z rozwianym włosem w ciemnozielonym ubranku przez korytarze prokocimskiego ultralabiryntu jak Poważny Pan Doktor, podrygując i chichocząc.

najodleglejszy

ogłaszam się.

podejmuję kolejną próbę wskoczenia na Twittera, link po prawej pod coraz dłuższym archiwum. okaże się co wyjdzie.

ogłosiłem się.

© gniazdo dziobaka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci