Menu

gniazdo dziobaka

najodleglejszy

bardzo lubię parskać ze śmiechu czymś co akurat piję. zdarza się rzadko, towarzyszy czemuś bardzo zabawnemu oraz samo z siebie dodatkowo jest wesołe dla wszystkich uczestniczących stron. poza oparskniętą, znaczy się. z reguły, znaczy się.

najodleglejszy

dwa tygodnie temu na nowo odkryłem bieganie. nie żebym miał jakieś ogromne doświadczenie, bo do wtedy miałem na koncie jakieś trzy zeszłoroczne biegi dookoła domowego osiedla, każdy po 2 km. i jakoś mnie to nie pociągało za bardzo. a ostatnio znowu zacząłem i stwierdziłem że bardzo lubię. na samym początku wymyśliłem sobie trasę, z pomocą której zacząłem biegać po 4.25 km i biegam i sobie chwalę.

a parę dni temu stwierdziłem że biega mi się bardzo dobrze, więc pobiegnę jeszcze kawałek wzdłuż Wisły i dopiero wrócę do mieszkania. i zadowolony sobie myślałem, że ubiegłem już pewnie jakieś 5 kilometrów i nowy rekord i och och. no i patrzę na telefon, a on mi mówi 4.25 km. nie kpi się tak ze mnie. wziąłem i zawróciłem i pobiegłem od nowa i nie ustałem dopóki nie dał za wygraną i nie ogłosił że ubiegłem, udyszałem i utruchtałem 8 kilometrów.

i w ogóle trasa! jak już pokonam długi ruchliwy kawałek długiej ruchliwej ulicy, dobiegam do parku z elementarza. w którym ludzie chodzą z kijkami, biegają, jeżdżą na rowerach i rzucają patyki psom. a potem jeszcze wzdłuż Wisły. i przebiegam koło Stopnia Wodnego Dąbie i pod mostem trzeba uważać na głowę, więc trzeba się nisko pochylić i założyć ręce z tyłu i czuć się jak dinozaur.

ach jak biegnę, ach

rawrrr raawrrrrrrr, rawrrr

jestem bardzo zadowolony ze szczegółowości rysunku, jak ktoś mnie nie zna to pozna dopiero jak zobaczy mnie gdzieś polującego na małe ssaki.

najodleglejszy

wczoraj zostałem znienacka przygnieciony tak wielką ilością wolnego czasu, że nie pamiętam kiedy tak ostatnio było. przez pewien czas nie wiedziałem co ze sobą zrobić, po czym pomyślałem że zamiast kisić się w mieszkaniu wybiorę się na spacer. ale nie wiedziałem gdzie. więc wybrałem się wszędzie. czyli na Rynek, Kazimierz i znowu Rynek i wiele kościołów po drodze.

i widziałem:

- wylegującego się w kościele nieżyjącego pana. fabulous;

come to me, ladies

- ścianę, która została zaskoczona i nie wiedziała co powiedzieć;

, tego

- nucącą sobie tablicę koło restauracji czy czegoś;

rum rum, tam ta tam

- dzieło przedszkolaka uczącego się robić niegrzeczne graffiti;

Wisłovia to stara rozwiązła pani

i wiele innych rzeczy naturalnie, którym nie zrobiłem zdjęcia. na przykład wszedłszy do kościoła Dominikanów trafiłem na cały kompletujący się na komplecie zakon. i śpiewali po łacinie i kłaniali się w pas i robili wrażenie.

bardzo jestem zadowolony że dałem się sobie wyciągnąć na zewnątrz, nawet deszcz taktownie wybierał na padanie momenty, w których przechodziłem bez zatrzymywania się przez portalobramołukomostkoniewiadomoco łączące Rynek z Małym Rynkiem, i po wyłonieniu się spod tego czegoś już nic mi nie moczyło włosów. albo w których wchodziłem do piekarni, zamawiałem zapiekankę i czekałem, tak że mogłem już chrupać na zewnątrz i nie potrzebować parasola.

oraz po raz kolejny po przepuszczeniu pana kierowcy przez pasy podziękował mi ręką. miło być traktowanym jak równorzędny użytkownik drogi, a nie jak obiekt do zabawy "zobaczmy jak blisko da się podjechać i wyhamować w ostatniej chwili przed wprasowaniem w drogę".

chyba muszę częściej się wybierać na czterogodzinne spacery. i częściej się wybierać do indiekina. i częściej budzić się o czwartej w nocy od śpiewu ptaków, jak to mi się od czasu do czasu zdarza. i w ogóle Żyć!

najodleglejszy

we środę o drugiej w nocy postanowiłem że wcale nie chcę iść na zajęcia, więc mój organizm postanowił mi pomóc i przejąć od EWMM jakieś bakteriowowirusowoniewiadomojakie zatrucie i tę właśnie porę wybrał na radosne oświadczenie mi o swoim osiągnięciu. już się radośnie wyleczyłem i cieszę się Prawdziwą Wiosną na zewnątrz i noszeniem cienkich butów i ukochanej starej wiosennej kurtki i grzaniem twarzy w słońcu i w ogóle i nie będę się rozwodził nad wszystkim co wszyscy o podobnych chorobach doskonale wiedzą, ale uświadomiłem sobie dwie rzeczy:

1) oddział gastroenterologii, na którym mam zajęcia z interny, jest strasznym miejscem pełnym cierpiących ludzi. i oni są tacy kochani, że pozwalają się wypytywać przez tłumy studentów o swoje choroby! a potem wybadać! jak leżałem umierający z bulgoczącym brzuchem to robiło mi się niedobrze na samą myśl o tym, że miałby mnie ktoś w ów brzuch uciskać. a oni tam przecież w jeszcze gorszym stanie leżą. dużo. znaczy pewnie w różnych innych stanach, w których uciskanie by mi nic nie pogarszało nie wyraziłbym sprzeciwu, ale oni nawet wtedy czasem pozwalają! co za wspaniali wspaniali ludzie, nie wiem nawet jak napisać, żeby adekwatnie ich wychwalić.

2) sucharki po połowie dnia nicniejedzenia są pyszne.

najodleglejszy

dzisiaj zaraz po obudzeniu się przeżyłem drobne małe niewielkie rozczarowanie, bo mały kawałek nieba, który widzę przez okno gdy się odpowiednio odegnę do tyłu wyglądał tak, jakby nigdy przenigdy nie słyszał o zimie. no i po poderwaniu się zobaczyłem że ów kawałek owszem, nie słyszał, ale cała reszta świata nie dość że o zimie słyszała, to na dodatek aktywnie ją praktykuje. wciąż.

ale wszystko zostało mi wynagrodzone po wyjściu na zewnątrz. słońce zmuszało do mrużenia oczu a ja uwielbiam gdy słońce zmusza do mrużenia oczu bo od razu wczuwam się w kogoś, kto mruży oczy z zadowolenia. jak głaskany kot czy coś.

najodleglejszy

a dzisiaj byłem w sandomierzowym indiekinie na Porwaniu (Kapringen). całkiem ciekawy, zwłaszcza ze względu na swoją inność i pozorną nicsięniedziejność w porównaniu z amerykańskim mainstreamowym repertuarem. bardzo miła odmiana, chyba muszę częściej w takich miejscach Bywać.

najodleglejszy

nabyłem nowe ciuszki dwuczęściowe na zajęcia z pediatrii. teraz mogę pędzić z rozwianym włosem w ciemnozielonym ubranku przez korytarze prokocimskiego ultralabiryntu jak Poważny Pan Doktor, podrygując i chichocząc.

najodleglejszy

ogłaszam się.

podejmuję kolejną próbę wskoczenia na Twittera, link po prawej pod coraz dłuższym archiwum. okaże się co wyjdzie.

ogłosiłem się.

najodleglejszy

[czcionka Myriad Pro]

miesiące oczekiwania i w końcu jest.

najbardziej innowacyjny produkt stulecia w zasięgu Twojej dłoni. zmień sposób, w jaki patrzysz na świat. spełniaj marzenia. puszczaj wodze fantazji.

Lenovo iDeapad Z580. dotknij i pokochaj. na zawsze.

emejzing

[/czcionka Myriad Pro]

najodleglejszy

nadchodzi taki moment, że skromny stoczek długości niespełna 500 metrów nie wystarcza i człowiek zaczyna się nudzić. bo się wjeżdża dłużej niż zjeżdża, za płasko, chciałoby się jeździć po Alpach, Himalajach i Niewiadomocach. a jedyne po czym można to takie małe coś.

i warto wtedy posłuchać rady szacownego ojca i spróbować jechać na desce w drugą stronę. znaczy nie pod górę, chociaż myślę za mogłoby być całkiem fajnie, a nie tą nogą do przodu co zawsze. i natychmiast człowiek cofa się do momentu, kiedy pierwszy raz przypiął deskę do nóg, nie umie jeździć, wywraca się i jest Wyzwanie i Adrenalina. zadanie jest o tyle łatwiejsze, że tym razem się już wie, do jakich ruchów trzeba dążyć, tylko problem jest ze zmuszeniem tej lewej nogi żeby sterowała tak, jak potrafi to prawa! i w taki oto magiczny sposób stok nagle okazuje się idealny jak na nasze możliwości.

okazuje się że ci dorośli to jednak nie są tacy głupi jak się czasem wydaje i czasami mówią sensowne rzeczy.

najodleglejszy

jakiś czas temu wymyśliłem wspaniałą rzecz. mianowicie zacząłem sobie umilać robienie drobnego prania w miednicy i podobnych czynności śpiewaniem piosenek Kapeli ze Wsi Warszawa.

i czuje się wtedy taką więź z przodkami, że się robi dokładnie tak jak oni, umila pracę śpiewem i pierze, dokładnie tak jak oni, w plastikowej miednicy, w wodzie z kranu, proszkiem do prania, w łazience na drugim piętrze bloku, i śpiewa piosenki poznane z albumu ściągniętego z internetu. dokładnie tak jak oni.

najodleglejszy

właśnie, parę tygodni temu.

parę tygodni temu wychodziłem sobie w niedzielę przed osiemnastą do kościoła jak grzeczny chłopiec. zamknąłem drzwi od mieszkania, zszedłem piętro niżej, a tam na półpiętrze ktoś leżał. dostałem małego zawału, bo z reguły ktoś tam nie leży a tu znienacka leży. no i pierwsze co pomyślałem to że ten ktoś się upił i się rozpostarł.

po czym zobaczyłem, że ten ktoś ma głowę całą we krwi, oraz czerwony ślad na ścianie. i wyobraźnia podsunęła mi dresów uderzających tą głową w tę ścianę. i jeszcze kałuża krwi dookoła, chociaż teraz nie jestem pewien czy to nie były poły płaszcza czy cholerawieco. ale cokolwiek to było, wtedy było kałużą.

chyba nie muszę mówić, że spanikowałem, prawda? fight or flight stwierdziło że pierwsze akurat tu nie ma zastosowania, więc popędziłem z powrotem na górę, powiedziałem Emerytowanemu Właścicielowi Mojego Mieszkania co widziałem, po czym zadzwoniłem na 112. muszę przyznać że trochę głupio mi było przyznać, że nie wiem czy jest przytomny czy nie, i chyba tylko to mnie ściągnęło na dół i na tyle blisko do tego kogoś, że zobaczyłem że się rusza. i ledwo się zdobyłem na przejście obok niego, żeby wyjść na ulicę osiedlową i skierować karetkę i policję w odpowiednie miejsce.

oczywiście przyjechali, połatali trochę i wzięli, i potem więcej jeszcze połatali.

i dopiero następnego dnia EWMM mi powiedział, że to był niewidomy sąsiad z piętra niżej, do którego co jakiś czas przed paroma laty przychodziła pani z opieki społecznej czy coś, żeby mu pomóc się rozruszać, a on teraz postanowił sam, zszedł ze schodów, wszedł na schody, spadł i się uderzył w ww. ścianę.

wracając do domu z kościołowej wycieczki bardzo się bałem że na półpiętrze będzie wszędzie krew i o rety, ale na szczęście ktoś uprzątnął albo kałużę, albo poły, albo jedno i drugie.

co nie zmienia faktu, że i tak teraz boję się chodzić tą klatką schodową, bo za każdym razem mam wrażenie, że ten człowiek znowu/wciąż tam będzie leżał, cały w kałuży i połach. nie ukrywam - jest to pewną niedogodnością biorąc pod uwagę, że jestem zmuszony tamtędy chodzić co najmniej dwa razy dziennie, codziennie.

a po ochłonięciu pojawiła mi się jeszcze głupia myśl - wszyscy moi znajomi z roku opowiadają jak ktoś zasłabł i lecieli pomagać i takie tam, a tylko kurde mi się musi trafić ktoś taki, że się boję podejść i nie umiem pomóc!

najodleglejszy

haha, haha, wszyscy już myśleli że nie żyję, a ja żyję! i udało mi się zebrać mój pierwszy wywiad od pacjenta i nie umrzeć. oraz odpowiedzieć na głos przy wszystkich na pytania zadane przez asystenta grupie i nie umrzeć (chociaż tutaj niewiele brakowało).

w ogóle zbieranie wywiadu! po nauczeniu się mniej więcej na pamięć jakie pytania po kolei trzeba zadawać i przećwiczeniu w parach i zademonstrowaniu przez panią doktor na prawdziwym żywym człowieku w szpitalu jak to wygląda odkrywam moją ulubioną część wypytywania pacjenta:

lekarz lub student: czy pije pan alkohol?

pacjent: tak

lekarz lub student: a jak dużo?

pacjent: ...tyle co wszyscy/średnia krajowa...

[i tu następuje przyszpilenie wymigującego i wijącego się pacjenta]: nie ma czegoś takiego jak średnia krajowa. ile w ciągu tygodnia?

 

z jednej strony to trochę okrutne tak się wypytywać jak widać że ktoś się wstydzi przyznać, ale z drugiej napełnia się wtedy taką satysfakcją, że nie daje się wywieść w pole. i łapie za gardło i przyciska do muru. bardzo uprzejmie i z uśmiechem oczywiście. i w jedwabnych rękawiczkach.

najodleglejszy

a w ogóle w ogóle to to było bardzo dziwne uczucie, jak już zrozumiałem jak mam ruszać rękoma i przez chwilę wydawało mi się że ja i gitara zostaliśmy rozdzieleni po narodzinach. hum hum.

szkoda że mam te głupie egzaminy we wrześniu, bym siedział i ćwiczył od rana do wieczora.

najodleglejszy

druga lekcja gitary. bardzo mi się chce śmiać, bo od dawien dawna wyzgrzytowuję sobie półświadomie różnorakie rytmy zębami (tiknietik). i teraz to tylko muszę przenieść na ręce i struny! hahahahahahaha! gdyby gitarę się montowało na szczęce i żuchwie, świat już by dawno o mnie słyszał!

najodleglejszy

pierwsza lekcja gry na gitarze i pierwszy samodzielny trening. jeśli moje palce przeżyją, to już nigdy nie będą takie same. nie mówiąc o nadgarstku.

najodleglejszy

i już w domu.

a więc! okazuje się, że moje tiki (znaczy ich coraz mniejsza ilość) oraz moje niewielkie zaburzenia obsesyjno-kompulsywne (ditto) są wynikiem zespołu Tourette'a!

bardzo się cieszę, że w końcu mi ktoś powiedział w ryj, co mi jest. i że nie jest to nic potwornego strasznego. i że nic mi to nie zmienia bo a) przecież już to mam i mam, więc to nic nowego, b) trochę to u siebie podejrzewałem jak czytałem wikipediowy artykuł, więc to nic nowego.

i bardzo się cieszę, że już po pobycie w szpitalu. chociaż pani doktor się mną zajmująca była bardzo miła. i pan doktor robiący specjalizację z psychiatrii, który ze mną rozmawiał, też. i trochę mi go było żal że musi tyle rozmawiać z pacjentami, a tak strasznie się jąka, biedaczek. chyba nigdy nie słyszałem czegoś takiego, a słyszałem w swoim czasie parę jąkających się osób (w tym mnie kiedyś).

ale koniec pobytu w szpitalu oznacza koniec przebywania w jednym pomieszczeniu z Panem Burakiem. który pożyczał ode mnie telefon, żeby porozumieć się z żoną 5 razy dziennie (na szczęście nie na mój koszt), en face wymawiał "enfes", narzekał jak to jest uwięziony w szpitalu (mimo że przecież wyraził zgodę na pobyt) i na szczęście wychodził do ogrodu botanicznego, więc można było od niego chwilkę odpocząć.

no i już nie będą mnie pielęgniarki budziły o 7:30 wkładaniem termometru do ucha. to bardzo dziwne uczucie, gdy człowiek budzi się w środku nocy bo ma coś wtykane w ucho. co w dodatku piszczy.

najodleglejszy

wakacje? owszem. od jutra siedzę na oddziale neurologicznym w Krakowie, lekarze będą sprawdzać jaka dawka leków usunie mi tiki, a zachowa normalne myślenie.

dobrze że została mi biochemia i fizjologia na wrzesień, będę mógł czytać w szpitalu i zgłaszać przy jakiej dawce zasypiam nad podręcznikiem częściej i szybciej niż zwykle.

najodleglejszy

a jak już mówię o rzeczach, których nie lubię, to jeszcze nie lubię się na głos zachwycać. do tego stopnia, że gdy dzwonię do swojej własnej mamy i opowiadam jej o swoich własnych nieczęstych uniwersyteckich sukcesach, to jak tylko słyszę jak mówi "ale fajnie, ale się cieszę", nastrój mi się psuje i chcę się od razu rozłączyć żeby nie słuchać już. i tak samo jak ktoś się zachwyca gdzieś widokami i mówi jak tu wspaniale ach ach.

i trochę się zastanawiałem czemu, i wczoraj na rowerze chyba zrozumiałem.

bo jak ktoś mówi jak się cieszy i jak fajnie, to od razu to ma moc sprawczą i powoduje określenie, że się cieszy. podczas gdy ja po zdaniu egzaminu nie cieszę się tylko coś więcej, jakoś tak cały się niebotycznie raduję, zwłaszcza w brzuchu. i nie ma na to określenia, więc każde użyte określenie fałszuje rzeczywistość i sprowadza mnie tylko do tego określanego stanu.

i podobnie z krajobrazem, który nie jest piękny i cudowny i wzruszający, tylko jest taki że się na niego patrzy. i nie można powiedzieć że się na niego patrzy i się nim zachwyca (no chyba że naprawdę się nim zachwyca), tylko się patrzy i patrzy.

i się siedzi na rowerze parę kilometrów od domu i patrzy.

takie to, panie, się niedaleko Sandomierza widoki znajduje

najodleglejszy

postanowiłem sprawdzić jak to jest wyłączyć sobie tymczasowo konto na facebooku.

i minęło tylko kilka godzin, a czuję się taki lekki. wychodzi na to że co chwila zaglądałem na stronę, która do niczego mi nie była potrzebna i za którą nawet nie tęsknię.

niby to oczywista oczywistość, że niepotrzebna, owszem. dopóki się nie zarejestruje i nie przyzwyczai do niej.

no i naturalnie nie wykluczam że stwierdzę że muszę mieć i wrócę. ale na razie cieszę się miłym odkryciem.

najodleglejszy

dzwony rurowe anyone?

 

nie słuchałem tego od stuleci. w ogóle prawie nic z tej płyty nie pamiętałem, ale każda kolejna grana nuta mi się przypomina. co za intrygujące wrażenie, to naprawdę gdzieś tam we mnie sobie siedziało i czekało na wygrzebanie.

najodleglejszy

oooooh, wiem czego nie lubię.

 

nie lubię jak obcy albo dawni dawni znajomi się mnie pytają co studiuję.

no bo! od razu robią to:

uooooo, medycyna

 

jakbym kurczę był jakimś relikwiarzem. a przecież to po prostu studia. no owszem, trudne i w ogóle, ale mimo wszystko. różnią się tylko ilością żałosnych szpanerów, którzy np. z zajęć postanawiają przejść się do KFC w fartuchu [sic!] albo głośno rozmawiać o działaniu hormonów w tramwaju [sicsic!] albo różne inne durne rzeczy, od wymieniania których się powstrzymam.

a przez to że jakoś nikt sobie z tego sprawy nie zdaje to odpowiadając na takie pytanie mam wrażenie jakbym się do czegoś trochę strasznego przyznawał. i dlatego nie lubię.

najodleglejszy

ogłaszam alarm kukułkowy, kukułczany i jaki tam jeszcze, nosić przy sobie pieniądze. mnie jedna chciała znienacka wrobić na cały rok ale na szczęście od razu chwyciłem portfel i się nie dałem.

najodleglejszy

i w końcu nastała Pogoda. która pozwala na chodzenie po Krakowie (jeśli się w nim akurat jest, bo niektórzy tutaj zebrani korzystają z uroków sandomierskiego domu) i pretensjonalne słuchanie piosenek z Amelii.

 

zwłaszcza tej, ona tak ładnie się kręci i faluje.

 

 

 

***

od grania we Fruit Ninja mam wielką ochotę opchać się do nieprzytomności owocami. polecam wszystkim smarkfonowiczom (zarówno grę dla rozrywki, jak i akt opychania się dla zdrowia. i nieprzytomności).

najodleglejszy

pomiędzy przygotowaniami wpadam tu na chwilę i pokazuję ich owoc, znaczy przygotowań.

like a sir

 

jak ktoś chce to może wrzucać jakieś pisanki które uznaje za rzekomo lepsze od mojego dzieła życia.

© gniazdo dziobaka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci