Menu

gniazdo dziobaka

najodleglejszy

jak pewnie wszyscy nie wiedzą, odkąd pamiętam moje widzenie charakteryzuje się podwójnością. a całe ciało tikami. więc w listopadzie postanowiłem pójść do neurologa i się dowiedzieć czy można mnie spatchować i podkręcić żeby się naprawiło. no i w celu rozeznania się zostałem skierowany na rezonans. i w drugiej połowie marca zostałem zrezonowany.

problem nr 1: podczas rezonansu nie można się ruszać. a ja tu z tikami przychodzę. ale się udało. chyba najspokojniejsze 20 minut w moim życiu.

problem nr 2: podczas rezonansu nie można się ruszać. a tu takie dziwaczne dźwięki, że chce się śmiać, zwłaszcza jak się jeszcze zna muzykę podobnie brzmiącą.

 

 

no i dostałem wyniki i co się okazuje?

 

[...]

Torbiel pajęczynówki pomiędzy lewą półkulą móżdżku i zatoką esowatą o wym. 32x 14x 30mm.

[...]

Zanik korowy w okolicach czołowych i ciemieniowych obustronnie. Niewielki zanik podkorowy mózgu.

[...]

Zmiany śluzówkowe w obu zatokach szczękowych [ubawiło mnie, że wytknęli mi wszystko po kolei, uwzględniając problemy z zatokami].

Prawa gałka oczna w ustawieniu zbieżnym.

 

ciekawe co się okaże i co mi wymyśli. poza graniem w Tetrisa żeby mi przyrastała kora, he.

najodleglejszy

ha, i jest ta pogoda którą co roku wychwalam do znudzenia. że się idzie rano i trzeba jednak w kurtce, a z powrotem do mieszkania już za gorąco i w samej bluzie trzeba.

chociaż trzeba przyznać że teraz na studiach się wszystko pozmieniało, okienka i przechodzenia z katedry na katedrę w różnorakich godzinach.

na przykład pamiętam jak rok temu byłem zadziwiony listopadową przedpołudniową pogodą, która dotychczas znana mi była jedynie przez okno szkoły. he.

najodleglejszy

w końcu w końcu świat skąpany w słońcu, yo.

 

ale za każdym razem jak patrzę na termometr w kuchni (co za niesamowity komfort, termometr) okazuje się że jest jakieś 6 stopni. albo 0, jak dziś. i nie można się ubrać lżej.

chociaż potem okazuje się że można włożyć lżejsze buty, za którymi tak tęskniłem przez całą zimę. i można trochę biegać, bo sucho.

ORAZ wczoraj się okazało że nie mam tak daleko nad Wisłę jak najpierw mi się wydawało. muszę kiedyś wziąć i odkryć wszystko dookoła mieszkania.

najodleglejszy

Prince of Persia: Sands of Time.

 

wiem że nie jest to nowy film, ale poczułem że muszę, po prostu muszę, opowiedzieć o wrażeniach, jakie na mnie wywarł.

 

byłem OGROMNYM fanem gry SoT. to chyba pierwszy tytuł, w jaki grałem, w którym znalazłem to, co zawsze mi się kojarzyło z grami komputerowymi: świetne sceny walki, akrobacje, i jeszcze raz świetne sceny walki, piruety, salta, skakanie nad przeciwnikiem i w ogóle tęczorzyg. no i do tego jeszcze łamigłówki oraz manipulowanie upływem czasu, tęczorzyg do kwadratu.

i bardzo cieszyłem się, gdy zobaczyłem że jest zapowiadany film. po czym zapomniałem, po czym przypomniałem sobie w te ferie, obejrzałem jeszcze raz trailer, zachęciłem się i ściągnąłem i obejrzałem.

mój Boże, jak można było dopuścić do nakręcenia czegoś takiego?

jak taki majstersztyk można było tak spastwić i przerobić na duży ekran?

przede wszystkim, fabuła.

gra (bo podobno są ludzie, którzy o niej nie słyszeli): drobny wypadek, wszyscy w zamku zmieniają się w potwory, Książę Persji zdobywa sztylet, w którym może magazynować piaski czasu, dzięki którym może cofać czas o kilka minut (pozwala to na przewidzenie ataków, cofnąć śmierć), oraz spowalniać lub zatrzymywać czas (dla wszystkich poza sobą). korzysta się z tego kiedy tylko popadnie, pod warunkiem że ma się odpowiednią ilość piasku uzyskanego z potworów. popisowy ruch głównego bohatera - kilkumetrowy bieg po ścianie.

film: akcja w 99% nie pokrywa się z grą. love story z księżniczką (która, w przeciwieństwie do dzieła Ubisoftu nie ma na imię Farah, ale Tamina, i nawet nie dotyka łuku) nieumiejącą porządnie grać ani nawet porządnie wrzeszczeć. Dastan owszem, ma sztylet (JEDYNY chyba element łączący grę i film), ale reżyser i scenarzysta robią wszystko, żeby nikt z niego pod żadnym pozorem nie korzystał, niestety mimo ich rozpaczliwych prób czas zostaje cofnięty 3 razy. oraz gagi rodem z Asteriksa i Obeliksa. i Idefiksa. popisowy ruch głównego bohatera - robienie brwi Colina Farrella.

żeby nie było, rozbieżność fabuły da się przeżyć, ale nie opuszczało mnie wrażenie, że jest jakiś sposób zrobienia tego filmu naprawdę dużo lepiej i spektakularniej.

do tego efekty specjalne, które kojarzą mi się z jakimś tanim serialem. parę razy bullet-time jest niesamowicie płynny, tak jak być powinno, ale przez większość filmu spowolnienie wygląda jak nakręcane kalkulatorem z kamerą 0.5 fps. żeby widzowie pamiętali, że film się nazywa Piaski Czasu, w losowych momentach akcja jest na milisekundę przyspieszana i spowalniana, lub na odwrót.

ja rozumiem, że to świetny sposób na zapewnienie sobie pełnych kin i tryliardów sprzedanych biletów. ale gdybym pamiętał o filmie tuż po premierze i poszedłbym na to do kina, skończyłoby się na rozprawie sądowej. i nie żeby przeszkadzał mi brak potworów, bo nie przeszkadzał. powodem byłby jeden obecny potwór, o nazwie Kiczowaty Całokształt.

chociaż mimo wszystko muszę przyznać, że ten Gyllenhaal (Gyllllllllenhaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaal) ma całkiem ładny akcent.

 

PS: i zapomniałem dodać że nikt tam nie umie porządnie umierać.

PPS: w mojej głowie ten wpis wyglądał w większym stopniu jak jojczenie niż recenzja, a niech to.

najodleglejszy

walentynki, walentynki, tak, święto padaczki, a ha ha ha, ależ dziś jestem szalony i rzucam żartami.

jak to ujęła [może troszkę górnolotnie] moja młodsza kuzynka niegdyś, walentynki są głównie po to, żeby wkurzyć ludzi samotnych z niewyboru, bo dla zakochanych każdy dzień powinien być świętem. czy coś.

a, no i oczywiście żeby sprzedać tonę rafaelli [zaraz przyjdzie złe ACTA i wyciągnie acta i mnie oskarży że nie dołożyłem literki r w kółeczku].

a dla mnie po to żeby mieć skrzynkę ligoli i muzykę i sobie siedzieć i czytać biofizykę na za tydzień. znaczy gdybym miał wybór to raczej bym sobie podarował biofizykę, no ale nie można mieć wszystkiego no.

 

najodleglejszy
trochę to daremne że sobie Szymborska poszła. najbardziej mi chyba jest bliska przez "Rymowanki dla dużych dzieci". i wymyślała swoje własne rodzaje wierszyków i w ogóle [po część przesyconą patosem sięgnąć do dowolnej gazety]. ale jak pożegnamy Barańczaka to się rozeźlę.
najodleglejszy

lubię ludzi i w ogóle. i się cieszę że są, wiadomo. dużo zabawy i radości i wszystkiego.

 

ale tym wszystkim co na ulicach idą przede mną lub mnie mijają w którąkolwiek stronę i dmuchają we mnie dymem tytoniowym i zostawiają tę dymistą smugę w powietrzu najchętniej kazałbym żreć te dymiące świństwa. garściami.

o módlcie się, módlcie żebym nie został prezydentem świata.

najodleglejszy

ale miło sobie być w domu i spać do niemożliwości albo do 10. znaczy do 10 godziny, nie 10 niemożliwości.

jak ktoś czytał Uczonych w anegdocie, to jest szansa że spodobają mu się małe fragmenty O ulicy Kopernika w szczególności, o Wesołej w ogólności - moja lektura na historię medycyny. chociaż trzeba przyznać że niektóre anegdoty o lekarzach nie są w ogóle ale to wcale śmieszne. do kupienia zbindowane za dwadzieścia kilka zł w xero w katedrze anatomii w Krk, jak już mi się tak udało zręcznie zachęcić wszystkich.

i sobie poza wysypianiem jeszcze słucham różnych piosenek sprzed lat, które siostra przywoziła na płytach z wielkiego miasta, gdzie był internet. pewnie wszystkie były w 128 kbps.

najodleglejszy

pomyślałem że wrzucę, bo czemu by nie, moje wspaniałe zdjęcia z zajęć biofizyki i będę pretensjonalną medyczną młodzieżą, ach ach.

10 cm, hur hurwięc to moja wspaniale pretensjonalna nerka prawa

serce serc

a to moje pretensjonalne serce, czy może być coś bardziej pretensjonalnego od zdjęcia serca? znaczy poza dwoma małymi kociętami wyglądającymi z cholewy jednego buta

nie lubię jeść wątróbki bo ma taki dziwny matowy smak

a to ja niepijący, dlatego widzimy (lub nie) taką ładną wątrobę.

okazało się że operowanie USG to niesamowita zabawa, zwłaszcza jak ćwiczenia wymagają pooglądania się i potrzaskania sobie zdjęć. i zwłaszcza jak okazuje się 5 minut przed ćwiczeniami że nauczyło się nie na ten temat co było trzeba i wie się wszystko o hemodializie i nic o USG, a i tak dostaje się punkty i się cieszy jak głupi.

i okazało się też że drugi rok jest zdecydowanie prostszy niż pierwszy, jest czas na spacery i dotlenianie się i różne takie rzeczy, chociaż oni nam tak trochę usypiają czujność przed egzaminami.

ale i tak najlepsze najlepsze najlepsze ze wszystkiego jest to, że w końcu ta nauka jest sensowna i nie polega na bezmyślnym zapamiętywaniu co przechodzi przez który otwór w czaszce po polsku i łacinie, tylko się wszystko ładnie o siebie zahacza i można to sobie wyobrazić i usystematyzować i ulogicznić.

najodleglejszy

wszystkim to wszędzie w kółko piszę, więc czemu nie tu też.

bardzo doceniam w moim mieszkaniu to, że moja droga z zajęć do niego poza tym, że może być pokonana w 20 minut piechotą, może też być pokonana poprzez hycanie. przez schodki, przez ruiny koło Ronda Mogilskiego, przez murek i barierkę przy tymże Rondzie, przez trzymanie równowagi na krawężnikach chodników, tych wąskich wystających no.

fajnie było ćwiczyć parkour kiedyś. znaczy teraz nie robię tego znowu, ale to taka miła mała namiastka.

i fajnie było niedawno zagrać w Mirror's Edge i sobie o możliwościach hycania przypomnieć. chociaż jeszcze do tego poziomu nie dotarłem i wcale się nie szykuję.

najodleglejszy

19. szkoda tylko że nie zdążyłem się do 18 przyzwyczaić. i trzeba wszystko od nowa. jak te lata będą tak przyspieszać to skończy się na tym, że zapytany o wiek będę już musiał się poprawiać. siedemdziesiąt sze... no teraz siedem.

najodleglejszy

yh. nowe środowisko, nowe mieszkanie i 2 pierwsze wykłady zmęczyły mnie niemiłosiernie. tak mnie zmęczyły że aż się dziwię.

najodleglejszy

Pina!

będę teraz przez jakiś czas pisał o tym filmie na łamach wszystkiego, co mi się nawinie pod rękę.

co za niesamowity niesamowity film! te ruchy, i ta muzyka, i to wszystko.

i powtórzę to, co wczoraj przez cały wieczór mówiłem. najgorsze było dla mnie to, że nie mogłem słuchać muzyki z zamkniętymi oczyma, bo cały czas się coś działo na ekranie.

zresztą nie trzeba gadać, trzeba pokazać.

 

i te ruchy, i ta muzyka, i to wszystko wszystko!

najodleglejszy

i "tylko" anatomia już za mną jakimś cudem, ha.

z jednej strony się niesamowicie cieszę (obvious nj i obvious), a z drugiej dziwi mnie niepomiernie że taka umiejętność anatomii jak moja została uznana za wystarczającą. oczywiście nie chciałbym żeby zmienili zdanie no.

i już nie muszę się martwić że już zapłaciłem zaliczkę za moje nowe wspaniałe mieszkanie w centrum miasta i że trzeba będzie to wszystko odkręcać, bo nie będzie trzeba!

i będę mógł się uczyć kolejnych potworów.

no i pozostaje kwestia fakultetów, mam 3 do wyboru: historia medycyny, neurofizjologia i cytobiologia. z tym że historii w żadnej formie nie znoszę, mózg i pokrewności to mój znienawidzony dział anatomii, a cytobiologia jedzie histologią, z której pisałem 7 kolokwiów zamiast 3 (2 terminy z każdego + dopuszczeniowe) oraz 2 egzaminy zamiast 1.

swoją drogą się cieszę że tak się nad nami litują i piętnaście terminów wymyślają, i rzekomo nie ma 3 terminu egzaminu z histologii, ale jak zdobył więcej punktów niż połowa a mniej niż wymagane 60% to jeszcze był dopytywany. chyba im zależy żeby jak najwięcej nas się przepchało przez te studia. a i tak podobno najwięcej się na stażach i takich tam uczy.

ciekawe jak to wszystko będzie. i w ogóle.

najodleglejszy

już nigdy więcej histologii. dużego pieszczocha z poprzedniego wpisu można wpakować do torby i na niego nie patrzeć.

jeszcze "tylko" anatomia i jestem na drugim roku, uiiii!

najodleglejszy

a dziś postanowiłem wrzucić 2 zdjęcia.

 

jedno przedstawia wiersz, na jaki się natknąłem podczas spaceru dookoła osiedla i szpitala, patrząc sobie na okna oddziału chirurgii, wspominając praktyki i ogólnie będąc żałosnym.

sztuka uliczna

a drugie. hm. poznajcie moją książkę od histologii. pragnie na siebie zwrócić uwagę i stara się sprawić wrażenie że jest większa niż w rzeczywistości. i do wczoraj zajmowała mi całą podłogę w pokoju, dopóki jej nie przywróciłem do porządku.

hurrrdurrr, I'm a book

ale nie trzeba się bać, to tylko duży pieszczoch.

najodleglejszy

a po praktykach pozostał pusty śmiech.

oddałbym mnóstwo żeby jeszcze tam posiedzieć, popomagać i pooglądać operacje. zwłaszcza że byłem tam wychwalany i doceniany i w ogóle praktyki ukończone summa cum laude i och och. a tak to trzeba wracać do książek żeby się przecisnąć na II rok i patrzeć jak inni są wychwalani i och och. chyba że uda mi się spiąć i postarać w tym roku więcej uczyć się i samemu być wychwalanym i och och. czas pokaże.

najodleglejszy

co za niesamowicie niesamowity dzień!

 

rano podczas obchodu zapytałem (jak już wcześniej postanowiłem) ordynatora oddziału, na którym praktykuję (a jest to chirurgia gdyby ktoś jakimś niewiadomym cudem jeszcze nie wiedział) czy byłaby możliwość obejrzenia jakiejś operacji.

O: owszem, byłaby.

nj: a kiedy?

O: a nawet dzisiaj, od 8:30 się zaczynają zabiegi

koleżanka, z którą praktykuję i męczę pacjentów: a czy są dzisiaj operacje z chirurgii? [dobrze że o to spytała, bo w piątek widzieliśmy zabieg z laryngologii - usuwanie polipów z zatoki szczękowej. znaczy mówię "widzieliśmy", ale widać było tylko kawałek nosa i dwóch lekarzy wyciągających kulki plazmy]

O: a nie wiem.

 

i rozmowa się skończyła, postanowiliśmy że zapytamy pielęgniarki na oddziale o rozpisane na dziś operacje z chirurgii.

no ale najpierw obowiązki, a potem przyjemności. więc poszliśmy z pielęgniarką uczyć się pobierać krew.

i jak tylko skończyłem pobieranie a zabrała się Koleżanka, zadzwonił telefon w dyżurce pielęgniarek i odebrała jedna i powiedziała nam że pan ordynator mówi że możemy już iść na operację tylko szybko. przez chwilę stałem rozdarty pomiędzy iściem samotnie a czekaniem na kolejną okazję razem z Koleżanką coby być fair, ale na szczęście powiedziała że zaraz mnie dogoni. tak się zresztą stało.

jak już się odzialiśmy w zielone i weszliśmy na salę, zaczęła się operacja. z użyciem laparoskopu. nikt nam wcześniej nie powiedział co będzie operowane, a głupio było spytać "yy tego, przepraszamy, na jakiej operacji właściwie jesteśmy?" - więc postanowiliśmy czekać na rozwój wydarzeń. lekarze się wbili tymi swoimi rurami gdzie mieli się wbić, włożyli kamerę i jeden za coś podłużnego złapał i podniósł i stwierdził że o, będzie dobrze. *ping* - podłużne => wyrostek - skojarzyło mi się. i dopiero po chwili się skojarzyłem że przecież obok tego jest wątroba, więc to chyba jest coś innego. a mówiąc coś innego mam na myśli pęcherzyk żółciowy.

przyznaję, że przez większość operacji miałem rozdziawione usta. dobrze że na nich była maska.

i był jeden dość interesujący moment, kiedy podczas koagulacji coś zapiszczało. znaczy, gdy przyrząd do tej czynności jest uruchamiany to piszczy, ale sam doktor głośno stwierdził że on teraz nic nie naciska. i po sekundzie się zorientował (na szczęście w porę) że pacjentka się budzi.

po skończonej operacji poszliśmy we dwójkę do szatni, gdzie

 

przebraliśmy się w normalne stroje; znaczy ja byłem w trakcie a Koleżanka już się przebrała. i podszedł ordynator i zapytał się dlaczego już idziemy. nie chcemy oglądać kolejnej operacji? oczywiście że chcieliśmy, po prostu nie wiedzieliśmy czy możemy. więc poczekaliśmy paręnaście minut aż już wszystko przygotują i weszliśmy na salę.

 

i zaczęła się magia.

wyżej wymieniony ordynator popatrzył na mnie i zapytał: "to co, uczymy się operować?"

ja oczywiście się zaśmiałem, bo jak niby studencina po pierwszym roku może się uczyć operować?

lecz pan doktor kontynuuje: "nie śmiej się tylko chodź się myć. umiesz się myć do zabiegu?"

oczywiście nie umiałem, bo jak niby studencina po pierwszym roku...

więc wszystko mi zostało objaśnione, odkręcamy wodę, płuczemy ręce tak żeby wszystko spływało w stronę łokci, naciskamy łokciem dozownik z mydłem, myjemy każdy palec osobno, znowu dozujemy mydło GDZIE! NIE DOTYKAJ PALCAMI NICZEGO! OD NOWA! spłukujemy dokładnie mydło, bierzemy sterylny ręcznik i wycieramy dokładnie ręce i ramiona GDZIE! NIE DOTYKAJ RĘCZNIKIEM RĘKAWA, RĘKAW JEST BRUDNY! więc bierzemy nowy ręcznik i suszymy dokładnie ręce. po czym dostałem fartuch do włożenia, pielęgniarka mi zasznurowała fartuch i pomogła włożyć rękawiczki i podszedłem do stołu NICZEGO NIE DOTYKAJĄC RĘKOMA! i oparłem dłonie na stole operacyjnym, a raczej na nodze pacjentki.

a inny doktor stojący obok mnie odwrócił się do mnie i powiedział "będziesz najważniejszym człowiekiem przy stole".

a ja się znowu zaśmiałem, bo jak niby...

a on kontynuuje: "nie ma się co śmiać, będziesz kamerzystą".

 

tak właśnie.

trzymałem kamerę podczas cholecystektomii laparoskopowej. żeby chirurdzy widzieli w czym dłubią.

oraz po wyjęciu pęcherzyka z kamieniem wielkości dużego żołędzia w środku dane mi było ucinać nitki po założeniu szwu przez doktora. i założyć jeden szew, tzn. przełożyć igłę najpierw w jedną stronę dwa razy przez skórę, potem drugą. pewnie bym się nauczył jak to się dalej wiąże, ale pacjentka zaczęła się budzić z charkotem przez wszystkie te rurki i już jej nie usypiali i trzeba to było robić szybko.

Boże, jak mi się potem trzęsły ręce.

 

pozdrowienia z wakacji!

wakacje 2011

najodleglejszy

pierwszy dzień praktyk na chirurgii

i o rany, padam. jak deszcz za oknem

kto by pomyślał że cieszyć się można z takich śmiesznych rzeczy jak oglądanie jak inni robią zastrzyki i pobieranie krwi (bo pierwszego dnia mi nie pozwolili jeszcze)?

albo mierzenie ciśnienia chorym. i plątanie się w przewodach, przepraszanie, śmianie się z siebie z pacjentem, niemożenie wyczucia tętna i wołanie pielęgniarki żeby pomogła

albo przewożenie pacjenta w łóżku na usg. jako sterujący łóżkiem. z przodu

albo oglądanie wykonywania lewatywy, uoooo, ale jestem cool że widziałem

albo samo iście z jednego oddziału na drugi w starannie zapiętym fartuchu (tak jak kazano) i próbowanie się powstrzymać od śmiechu na samą myśl o tym jak to się zarozumiale i nadęcie wygląda jako najniższe i najgłębsze dno w hierarchii szpitalnej

ME WANTS MOAAAAAR.

wygląda na to że ten miesiąc będzie usiany rozrywkami.

najodleglejszy

jakiś czas temu podczas podróży z krk do sandomierza w trakcie przerwy w trasie wyłączyłem na chwilę muzykę w telefonie żeby odpocząć uszy.

i sobie odpoczęły. okazało się że w autobusie jest włączone radio zet. ungh.

ale zaraz zaraz, co to za muzyka, o rety rety. zacząłem się wsłuchiwać i zapisałem w telefonie parę słów które zapamiętałem oraz nazwę wykonawcy.

notatka brzmiała: "i'm bad boy i need to dance tape five".

i taki był początek. oczywiście szybciutko w domu znalazłem piosenkę. i kolejną. i hmm, taka miła muzyka, może jest gdzieś płyta na torrentach? pewnie że jest.

no i trzeba było jednak koniecznie kupić. album zdecydowanie zasługuje żeby ją mieć cały czas i nie musieć ściągać od nowa jak się skasuje.

witaj kochanie.

okładka bardzo miła w dotyku 

że już nawet nie wspomnę że płyta stanowi wspaniałą nagrodę za zdanie praktycznych egzaminów z anatomii i histologii i pociechę za niezdanie teoretycznych tychże.

następne planowane cele: Things To Make And Do Moloko i prawdopodobnie Play Moby'ego jak się uda. albo Stulecie chirurgów.

[empikowa karta podarunkowa to wspaniały prezent na ośmnaste urodziny. nawet jak na początku się za cholerę nie ma pojęcia co z nią zrobić]

najodleglejszy

jeżeli w swojej liście scrobblowanych utworów widzisz piosenkę wysłuchaną ponad 20 razy z rzędu

to wiedz że coś się dzieje.

najodleglejszy

właśnie sobie uświadomiłem że jestem trochę za duży żeby się porządnie nauczyć na czymś grać. no cóż.

najodleglejszy

muszę pozwać dwie osoby.

1. która wymyśliła żeby Orange Warsaw Festival zrobić w trakcie sesji

2. która sprawiła, że pomyślałem "nieeee, chyba troszkę za mało Moby'ego znam, żeby iść na jego koncert".

 

najodleglejszy

siedzę sobie przy otwartym oknie, a za nim po osiedlu sobie dresy hasają. i usłyszałem, strzygąc uchem, może niezbyt długi ale za to interesujący fragment rozmowy:

"... [poirytowanym głosem] czy ja kurwa wyglądam na cipę? nie no, może wyglądam..."

i muszę przyznać że takiego pogodzenia się ze sobą bym się od dresiarza nie spodziewał.

© gniazdo dziobaka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci